poniedziałek, 21 stycznia 2013

Reboot [2]

>>CZĘŚĆ I<<

Drugi protokół. Nikt z zewnątrz nie zbliża się do placówki, nawet zaopatrzenie dostarczane jest do punktów zrzutu oddalonych nie mniej niż pół godziny drogi od bazy. Zrzuty odbywają się nieregularnie i lądują w różnych miejscach. Dostarczane ilości zaopatrzenia nijak się mają do odległości czasowych pomiędzy zrzutami. Nie chodzi nawet o utajenie lokalizacji. Wszystko dzieje się po to, by nikt nie mógł ustalić liczby osób przebywających w kompleksie. Nikt, poza załogą i Górą, nie ma prawa wiedzieć nad czym pracuje się w ośrodku. Nikt nie ma nawet prawa podejrzewać, co dzieje się w środku. Ilu ludzi pracuje nad projektem? Ilu jest jego obiektem? Gdyby ktokolwiek dowiedział się, że Firma przeprowadza testy na ludziach, burzę trudno byłoby uciszyć.

Tajemnice tajemnicami, ale, do diabła, jesteśmy na środku pustkowia, a ja jestem częścią projektu. Liczyłem, że Siódemka jeszcze się odezwie, pociągnie temat. Milczał jak zaklęty. Ta cholerna „dwójka” to wszystko, co od niego usłyszałem przez całą drogę. Wjeżdżamy już między pierwsze wzniesienia masywu, do celu musi być już niedaleko, a ja wciąż nie wiem nic. Firma mnie sprawdza? To naprawdę dwójka? A może ten cholerny „taksówkarz” próbuje mnie tylko wkręcić? Wojskowy na bank, a takie zagrywki są w ich stylu. Znając siebie powinienem się teraz trząść ze zdenerwowania, ale nie – trzęsę się z zimna. Słupek na termometrze chyba nie drgnął, ale za to pojawił się przenikliwy boczny wiatr, nawet nie mam gdzie się przed nim schować. Co to za miejsce, do cholery?! Niebo już niemal zupełnie jasne, a ja nie zobaczyłem jeszcze nawet promyka słońca.

Naraz chce mi się śmiać i płakać. Już wiem, czemu nie ma słońca! Po prostu góry są na wschodzie, przesłaniają mi świt. Jestem tak zaaferowany tą całą dwójką, że nawet nie myślę racjonalnie. Zaaferowany... Tylko ja mogłem użyć tu tego słowa. Prawda jest taka, że ja się boję. Boję się i na dobrą sprawę nie wiem czego. Weź się chłopie w garść! Jeśli to dwójka, trudno, dasz radę. Nie ma wymiękania, nieważne czy cię sprawdzają, czy nie. Zrobisz swoje i dopiero wtedy wrócisz do centrali...

Gówno prawda... Nie boję się, że Firma mnie sprawdza. Boję się, że ja się tutaj sprawdzę. A jak się sprawdzę, to dalej czekają mnie dwójki do końca mojego zasranego życia. Które nie potrwa długo, jeśli ten wiatr zaraz nie ustąpi. Mam wrażenie, że teraz samochód bardziej trzęsie się od moich drgawek niż od wertepów, które pokonujemy. I właśnie kiedy zaczynam rozważać perspektywy, jeśli nie śmierci z wyziębienia, to chociaż kolejnej choroby, która odesłałaby mnie z tego przeklętego miejsca – dojeżdżamy do celu.

Teraz już zupełnie nie wiem, co mam o tym myśleć. Siódemka mnie wkręca? Kompleks zbudowany na potrzeby drugiego protokołu powinien być zaszyty gdzieś w jakimś jarze, a nie umiejscowiony na tak otwartej przestrzeni. Powinien być całkowicie schowany pod ziemię, z wyjątkiem wejścia naturalnie. A ja zbliżam się do sporych rozmiarów hangaru. Przykrytego siatką maskującą, wtulonego w górskie zbocze, ale jednak hangaru. Najważniejsze jest jednak to, po czym się zbliżam. Auto sunie po pasie startowym, dość długim by przyjmować nie tylko awionetki, ale także samoloty transportowe. O co tutaj chodzi? Gdyby to był tylko żart Taksówkarza, samolot wylądowałby ze mną tutaj, a nie pośrodku pustkowia. Firma zaangażowała tyle środków tylko po to, żeby mnie sprawdzić? Przecież gdyby to wszystko było jakimś testem, na pewno zadbaliby, abym w niczym się nie zorientował. Tutaj z miejsca widać, że coś jest nie tak. I patrzę bezradnie na mojego kierowcę z nadzieją, że w końcu coś sam z siebie powie, że puści parę z gęby. Tak, wiem – nadzieja matką głupich.

Wlepiam w niego wzrok jak sfinks. Trochę trzęsący się sfinks, ale jednak sfinks. A on nic. Z pełnym spokojem wjeżdża do hangaru, parkuje samochód i wysiada. Ja w ślad za nim. Tutaj już nie wieje, ale ziąb jest nadal przenikliwy. Czuję, jak opuszcza mnie część niepewności – jesteśmy już w kompleksie, dotarłem, jestem częścią zespołu, mam prawo z nim porozmawiać. Szkoda, że rozmawianie z ludźmi tak marnie mi wychodzi.

– Dwójka? – pytam z niedowierzaniem.
– Tak, dwójka – odpowiada beznamiętnie Siódemka, choć mógłbym przysiąc, że przez ułamek sekundy jego oczy drwią ze mnie.
– Ale to nie wygląda jak dwójka.
– Wiem – tym prostym słowem mógł uciąć rozmowę, nie odpowiedziałbym, ale jednak zdecydował się dodać coś jeszcze. – Powiedziałbym więcej, ale to nie moja rola, nie chcę wyskakiwać przed szereg. Idziemy do Jedynki, dostaniesz rozkazy.

Hangar, jest całkiem pokaźny, spokojnie zmieściłby Herculesa albo maszynę jego klasy, ma też wszelkiej maści sprzęt załadunkowy i do obsługi naziemnej. Nie jestem w tych sprawach ekspertem, ale wydaje mi się, że gdyby tylko chcieli, byliby w stanie obsłużyć tutaj samolot. Ba, mam nawet wrażenie, że ktoś nie tak dawno to tutaj robił. Cały osprzęt wygląda na fabrycznie nowy, ale fakt, że rozrzucono go w twórczym nieładzie po całym hangarze, sugeruje, że go używano.

Na szczęście perspektywa ciepła czekającego w środku i pewna ciekawość tego, co przyniosą najbliższe minuty, nie pozwala mi się nad tym dłużej zastanawiać. Myk po metalowych schodkach na poziom powyżej ziemi i do drzwi. A za drzwiami nareszcie trochę ciepła.

>>CZĘŚĆ III<< >>CZĘŚĆ IV<<

wtorek, 15 stycznia 2013

Reboot [1]

Najgorsze w pracy dla Firmy są krajobrazy. Okazuje się, że nieważne pod jaką szerokością geograficzną aktualnie rezyduje Firma, zawsze dla swojej placówki znajdzie miejsce, które będzie wyglądało tak samo. Kilometry za kilometrami piachu pokrytego skąpą roślinnością, a wszystko przyczajone w cieniu równie monotonnych i nieatrakcyjnych gór. Tu? Tu chyba chwilowo jest zima. A może to środek lata? Dziwny półmrok wskazywałby na względną bliskość któregoś z biegunów, ale może to po prostu dłużący się świt? Termometr w aucie pokazuje trochę ponad 4 stopnie. Celsjusza. To jakaś informacja. Poza deską rozdzielczą, z auta zniknęły wszystkie inne oznakowania. Zresztą i tak nie znam się na wszelkiej maści gazikach.

Częścią polityki Firmy jest poufność wszelkich informacji i nieufność wobec pracowników. Dopóki nie dotrzesz na miejsce, nie masz pojęcia gdzie, z kim, ani nad czym będziesz pracował. Oczywiście wymyśla się jakieś fikcyjne posady, ale zatrudnianie eksperta od wzbogacania uranu jako nadzorcy budowy kompleksu spichlerzy zbożowych nie brzmi zbyt wiarygodnie. Naturalnie, nie oznacza to też, że będziesz pracował przy budowie czegokolwiek. To tak, jak z napisami na koszulkach z sieciówek, prawdopodobnie wszystko losują małpy, a Góra ma przy tym ubaw po pachy.

Nie wiem czemu, myśląc to spojrzałem na kierowcę, jakby w nadziei, że będzie miał na sobie śmieszny t-shirt, który zdradzi mi cokolwiek na temat charakteru mojego zatrudnienia. Niestety, po szaro-zielonej koszulce wnieść można było tylko tyle, że wyprano ją o kilkaset razy zbyt wiele. Więcej można powiedzieć o kurtce. Znoszona zielona natówka sprzed kilku dekad. Może pamiątka z poprzedniej pracy? Chłop ma wygląd wojskowego. Ale równie dobrze mogłem wpaść na fana "Taksówkarza", szczególnie zważywszy na to, że gość jest kierowcą. Irokeza nie ma, gadatliwy też nie jest, więc pewnie potrzyma mnie trochę w niepewności. Właściwie odezwał się do mnie tylko raz, zaraz po tym, jak zgarnął mnie z "lotniska".

- Siedem. Tango dwa dwa pięć?
- Uhuh.
- Teraz jesteś Piętnaście. Jedziemy.

Jakby się tak zastanowić, wcale nie jestem lepszy. Odezwałbym się, ale... Po pierwsze jest piekielnie zimno. Auto nie ma dachu, my suniemy przez pustkowie, robiąc dobre 70 kilometrów na godzinę. Termometr mówi swoje, ale ja czuję jak mój własny oddech zamarza mi na oczach. A Siódemka bezczelnie siedzi w rozpiętej kurtce i nawet nie drgnie. A po drugie... Po drugie to co on mi właściwie powie? To Siódemka. Pracowałem już przy projektach, gdzie Jedynka nie we wszystkim się orientowała. Wylądowałem na pasie startowym pośrodku ziemi zapomnianej nie tylko przez człowieka, ale wydaje się, że także przez bestie. Nawet nie blisko docelowego kompleksu, bo od 30 minut jedziemy prosto w kierunku masywu górskiego. I jesteśmy może w połowie drogi. Normalnie, gdyby nie było możliwości lądowania bliżej, po prostu zrzucono by mnie ze spadochronem, bo nie mam ze sobą nawet żadnego bagażu. To mi wygląda na trzeci protokół, może nawet drugi. Moje rozkazy pewnie czekają zapieczętowane w sejfie i tutaj nikt inny ich nie zna.

Kurwa... A co jeśli to faktycznie drugi protokół? Oby to nie była dwójka. Eksperymenty na ludziach. W sumie niespecjalnie mnie to rusza od strony moralnej, przynajmniej nie bardziej niż trójka. Trójka to bezpośrednie zastosowania bojowe. Byłbym naiwnym idiotą, gdybym uważał, że to w jakiś sposób szlachetniejsze, czy mniej gorszące. Może nie ja, ale ktoś te ustrojstwa na ludziach kiedyś zastosuje. Nie, chodzi o co innego. Przy trójkach pracują względnie normalni ludzie. Dobrzy w swoim fachu, czasem nawet genialni. Zawsze świadomi tego, co robią, nie mający złudzeń co do konsekwencji naszych działań. Jedni po cichu twierdzą, że w szerszej perspektywie jesteśmy tylko trybami w maszynie postępu, innym po prostu podobają się wypłaty albo to, że mogą się realizować. Jest trochę czarnego humoru, jest trochę luzu, a po zejściu do kantyny, można pogadać o czymś innym niż praca czy światopoglądy.

Przy dwójce pracowałem dwa razy. Nigdy nie wytrzymałem do końca. Nie ze względu na ciężar gatunkowy samych badań. Do dwójek przydzielane są przeważnie pojeby. Genialni fachowcy, eksperci w swoich dziedzinach, ale pojeby. Z takimi nie pogadasz o literaturze nie wyciągając z grobów faszystów. Dyskurs muzyczny natychmiast przeradza się w debatę o żelaznej kurtynie, czy innym starciu proletariatu z rojalistycznym establishmentem. Żeby oni jeszcze na te sprawy patrzyli szerzej, jakoś je analizowali, konfrontowali swoje poglądy, przyjmowali polemikę. Ale nie, to są pojeby. Każdy ma klapki na oczach i sunie przed siebie z wozem wypełnionym propagandą, którą go wykarmiono. Każdy myśli, że sam – osobiście – zbawia świat, nawet kiedy częstuje kolejnego "ochotnika" wysokim napięciem.

Nigdy nie byłem najlepszego zdrowia. Kiedy nie mogłem już znieść bełkotu "kolegów", ich wielkich sporów przypominających kłótnie w piaskownicy, symulowałem chorobę. Biorąc pod uwagę, że towarzystwo samozwańczych Prometeuszy faktycznie dawało mi w kość – psychicznie i fizycznie – wypadałem w tej roli całkiem wiarygodnie i odsyłano mnie do centrali. Sam nie wiem, jak mam się czuć, jeżeli to faktycznie znowu jest dwójka. Z jednej strony to pewna nobilitacja – dowód zaufania tak względem mojej lojalności wobec Firmy, jak i przede wszystkim moich umiejętności. Z drugiej strony zamykanie mnie z tymi wszystkimi... Ech, sama myśl, że ktoś wrzuca mnie z nimi do jednej szuflady, napawa mnie jakimś podskórnym obrzydzeniem do samego siebie. To jak owacja na stojąco dla mnie jako naukowca, ale i jak policzek w twarz dla mnie jako człowieka. A może to próba? Może doszli do tego, że symulowałem, może chcą sprawdzić, czy zrobię to znowu? Po takim czasie? Ale to wciąż możliwe. A może to jednak tylko jakaś poważna trójka? Może wzmogli zabezpieczenia z jakiegoś powodu.

Cholera, ta ciekawość mnie zeżre... Siódemka na pewno wie. Ale czy mi powie - tutaj, na środku pustkowia, zanim dotarliśmy do placówki? W sumie, dlaczego miałby mi tego nie powiedzieć? To tylko protokół, nie pytam o żadne konkrety. Spytam, najwyżej się nie odezwie.

- Dwójka? Trójka?
- Dwójka.

Tytułem wstępu

Od dawna nosiłem się z zamiarem wskrzeszenia upiornego bytu, jakim był Okultystyczny Demoniszcza. Jednak ostatnio doszedłem do wniosku, że ta koncepcja już się wypaliła. Owszem, miałem frajdę z pisania tego bloga w liceum, ale już dawno nie jestem licealistą i coraz mniej we mnie autentycznej chęci powrotu do tej konkretnej formy i tego konkretnego stylu. Ale choć ciało już kruche, to dusza wciąż jeszcze tryska we mnie młodzieńczym zapałem, który po prostu muszę ukierunkować adekwatnie do ograniczeń jakie narzuca na mnie starcze truchło. Mówiąc zwięźlej, pisać jeszcze ciągle mi się chce, po prostu już nie pod tamtym szyldem.

Okultystyczny Demoniszcza był połączeniem zwykłego bloga pisanego w głupkowaty sposób z amatorskimi próbami napisania jakichś krótkich pseudoopowiadań, w podobnie głupkowatej konwencji. Pomimo sejmu, telewizji i wszelkiej innej konkurencji, popyt na głupotę wciąż jest spory, bo nie raz słyszałem prośby o wskrzeszenie tego bloga. Cóż, przynajmniej na razie pełnoprawnej rezurekcji się nie doczekacie. Więc na co możecie liczyć?

Hm. Na teksty mojego autorstwa, to na pewno. Że co? Że to mało? Niewdzięcznicy! No dobra, sypnę nieco szczegółami. Ja nigdy nie byłem do końca normalny - to pewnie zdanie, pod którym wiele z Was może się podpisać, choć każdy na inny sposób. Jednym z moich dziwactw są sny. Po pierwsze ja całkiem nieźle pamiętam to, co mi się śniło. Po drugie, moje sny często mają ze mną niewiele wspólnego, natomiast są dobrymi fundamentami pod budowę nieco odjechanych opowiadań.

Taki też jest cel tego bloga. Będę starał się przerabiać moje porąbane sny w coś nie mniej porąbanego, ale za to nieco bardziej spójnego fabularnie. Jak to dokładnie będzie wyglądać, nie jestem w stanie dokładnie przewidzieć, wiele zapewne będzie zależało od konkretnego snu. Niektóre będę pozostawiał możliwie wierne oryginałowi, by zaakcentować ich szaleństwo i całkowitą losowość, inne spotkają się z pewnym retuszem i doprecyzowaniem, by stworzyć bardziej pełnoprawne opowiadanie. Tak jest np. w przypadku snu, nad którym aktualnie pracuję.

Co wypadałoby jeszcze zaznaczyć? Choć będę starał się wplatać humor (przeważnie czarny), a absurdalność pewnych sennych przywidzeń sama będzie ograniczała możliwość utrzymania poważnego tonu, to jednak klimat będzie należał raczej do tych ciężkich. Po prostu mnie z rzadka śnią się tęcze, kolorowe misie i piękne wschody słońca. Spodziewajcie się raczej spranych kolorów, podziemnych laboratoriów, opuszczonych fabryk i końców świata z zakresem wpływu zaczynającym się od tego bardzo lokalnego i sięgającym po ten globalny - z udziałem wszelkiej maści zagrożeń jakie możecie sobie wybrazić - smoki, zombie, wampiry, wojna atomowa i dowolne kombinacje powyższych.

Coś jeszcze? Kwestia regularności wpisów. Tutaj czynniki ograniczające są dwa - czas i sny. Mam odłożonych całkiem sporo snów, które prędzej czy później wykorzystam. Jednak im sen starszy, tym siłą rzeczy mniej z niego pamiętam. Pewne ramy fabularne, odczucia, klimat, punkty charakterystyczne, ale szczegóły się zacierają. Takie sny będę musiał wzbogacać i rozwijać własną przytomną inwencją, bo tego, co pamiętam, nie starczyłoby na więcej niż na kilka mało zrozumiałych akapitów. Z kolei świeże sny przychodzą przeważnie stadnie i nie wszystkie zdołam wykorzystać na gorąco, jednocześnie nawet tygodniami cierpiąc na brak dopływu inspiracji.

I jeszcze jedno, ponieważ znając siebie i widząc, co aktualnie powstaje pod moimi palcami, nie tylko w tym oknie, spodziewam się opasłości swoich tworów. Tym samym będą one wymagały wiele czasu by zostać spisanymi, ale także przeczytanymi. Dlatego też, przynajmniej na razie stawiam na publikowanie jednego tekstu w częściach - stopniowo, w miarę jak będę spisywał dany sen, będę zamieszczał jego krótsze i dłuższe "rozdziały". Myślę, że to rozsądna koncepcja, ale na wszelkiej maści feedback via komentarze jestem otwarty. Jednocześnie gorąco zachęcam do propagowania mojej "tfurczości". Oczywiście jeżeli uznacie, że jest tego godna.

Tekst napisany na kolanie, opowiadania będę starał się poddawać jakiejś wstępnej korekcie.