wtorek, 12 lutego 2013

Reboot [4]


Za drzwiami śluzy czekał na nas niezbyt długi, dosyć ciemny korytarz kończący się załomem. Od korytarza odchodzą dwa wyjścia zamknięte drzwiami, możliwe, że to jakieś kwatery albo składy. Na tyle, na ile mogę poznać w zielonkawym półmroku, wystrój wciąż jest kontenerowy. Załom wyprowadza nas na przejście powyżej dużej sali pełniącej funkcję kantyny. Nadspodziewanie dużej sali, spokojnie mogłaby przyjąć setkę chłopa w jednej chwili. Ta instalacja z pewnością nie powstała z myślą o drugim protokole, teraz nie mam już co do tego wątpliwości. Załoga dla dwójki to maksymalnie pięćdziesiątka. W tej chwili jest tu kilkanaście osób, w kompleksie może być nas z trzydzieści. Nie licząc obiektów eksperymentalnych.

Kandydatów na pojebów już wytypowałem. Siedzą we dwóch, na uboczu, naprzeciw siebie. Nie odzywają się słowem. Jedzą. Ale są przy tym dziwnie zadowoleni z siebie. Szczególnie, kiedy porównuję ich z resztą sali. Większość ich kolegów w laboratoryjnych kitlach prezentuje mniej lub bardziej jasne symptomy stanów lękowych. Nikt nie rozmawia, jeden czy dwóch wpatruje się w pustą przestrzeń, inni nerwowo pracują sztućcami. Same ich sylwetki wydają się krzyczeć "Nie chcemy tu być!" Widziałem już to. Ba, pewnie sam tak wyglądałem, bo tak działa na ludzi praca przy drugim protokole. Na ludzi, nie na pojebów. Dlatego też zastanawiają mnie te proporcje.

Stolik w rogu pomieszczenia musi należeć do góry projektu, tylko tam ktoś rozmawia. A właściwie kłóci się. Kłótnie naukowców nie bywają zbyt głośne, ale zauważyłem, że nadspodziewanie często kończą się rękoczynami. Tym razem chyba do tego nie dojdzie. Przy stoliku stoją trzy osoby. Najspokojniejsza jest kobieta, chyba po pięćdziesiątce, włosy ciemny blond, spięte w kok, grube okulary i papieros. Nawet wysoka, choć trochę przygarbiona, opiera się plecami o ścianę. Wtrąca w dyskusję pojedyncze zdania, między nimi skupiając się na swoim papierosie, minę ma raczej znudzoną i sceptyczną. O wiele bardziej energiczny jest jej kolega. Na tyle na ile jestem w stanie to ocenić, są w podobnym wieku. Okulary, wąs i fajka, której palenie nie przeszkadza mu w ciągłym wypluwaniu słów. Jego niezbyt imponująca postura połączona z przydługimi, posiwiałymi i nieco już przerzedzonymi włosami wygląda nieco pokracznie. Jego nadmierna ekscytacja raczej nie pomaga mu w budowaniu autorytetu.

Ciekawie prezentuje się jego rozmówca, a raczej rozmówczyni. Nie to, żeby nagle dopadła mnie burza hormonów, raczej wydaje mi się interesująca jako postać. Z drugiej strony nie gustuję w rudych, a jednak nie mogę odmówić jej pewnej dozy uroku. Sylwetkę, jakkolwiek zgrabną, dla mnie ma nazbyt kościstą, ale za to z profilu buzię ma przyjemnie zadziorną. Słowo buzia pasuje tutaj bardzo dobrze, bo dziewczyna wygląda na może nawet o dekadę młodszą ode mnie. I to jest właśnie intrygujące, bo nie tylko jej twarz z tej odległości wydaje się zadziorna. Sposób w jaki rozmawia ze sporo od siebie starszym naukowcem szczerze mnie zaskakuje. Tak młodych ludzi rzadko się widuje w górze zespołu, a jeżeli już tam trafiają, przeważnie szybko zostają zdominowani przez starszych kolegów. Ruda najwyraźniej nie lubi być dominowana. Gdyby nie bufor w postaci palaczki, jej rozmówca pewnie rozmasowywałby teraz siniaki.

Nikt na sali nie zwrócił na nas uwagi, ale za to ja chyba za bardzo przypatruję się stolikowi w rogu, bo Siódemka odzywa się sam z siebie. – Daj spokój, to konserwa – rzuca, posługując się zapewne męskim slangiem. Slangiem, którego oczywiście nie rozumiem. Lata spędzone w laboratorium nad tajnymi projektami, nie pomagają w takich sytuacjach. O co mu mogło chodzić? Sugeruje że to jakiś cyborg? Nie, chyba nie poszliśmy jeszcze tak daleko. Że zimna? Nie wiem, poddaję się. Mógłbym zostawić sprawę bez komentarza, ale niestety jestem dociekliwy i w tej chwili nie wyobrażam sobie pójścia dalej, bez uzyskania wyczerpującej odpowiedzi. W myślach już przygotowuję pytanie. – Przepraszam, ale co dokładnie masz na myśli mówiąc konserwa? – na szczęście instynkt społecznego wyrzutka reaguje w porę i ustrzega mnie przed kompromitacją, wypluwając własną wersję pytania.

 – Konserwa? – jak echo powtarzam jego ostatnie słowo, niemrawo dodając na końcu znak zapytania. Muszę brzmieć jak jakaś ostatnia pierdoła. To dobrze, ludzie przy pierwszych kontaktach są bardziej życzliwi dla pierdół.

– No. Konserwa – potwierdza wyraźnie zadowolony z siebie, ale szybko orientuje się, że taka odpowiedź mnie nie satysfakcjonuje i uzupełnia. – Wygląda jakby dopiero co dowód wyrobiła, ale równie dobrze może być po czterdziestce. Butna intrygantka, jeśli chcesz znać moje zdanie. Uważaj na nią, bo wydaje mi się, że będziesz miał z nią więcej do czynienia niż ja. A teraz już chodźmy, bo Czwórka zwróciła na nas uwagę. Na nią lepiej też uważaj.
– Czwórka?
– Palaczka. Chodź, bo widzi, że o nich gadamy. Formalnie powinienem cię zaprowadzić prosto do Jedynki i twoich rozkazów, a nie opowiadać o załodze.

Mostkiem nad kantyną przechodzimy w następny korytarz. Tu jest trochę jaśniej, ale miejsce przywodzi na myśl raczej jakiś stary szpital niż placówkę naukową. Droga zakręca, a po bokach mnożą się numerowane drzwi, za niektórymi pali się światło. Jednak nie za tymi, przed którymi się zatrzymaliśmy. Pokój 105 jest ciemny i wydaje się zamknięty na głucho. Siódemka naciska przełącznik z boku, w środku rozbrzmiewa niezbyt głośny dzwonek, jednak innego odzewu próżno czekać. 
– Może nikogo nie ma? – sugeruję. 
– Jest, na pewno jest. Jedynka zawsze o tej porze jest u siebie. Pewnie śpi – to mówiąc, zamiast znów nacisnąć na dzwonek, zaczyna walić pięścią w drzwi. Gdyby nie były tak solidne, pewnie wyleciałyby z futryny. Gdy walenie ustaje, ze środka dobiega jakiś niemrawy pomruk. Ku mojemu zdziwieniu, taksówkarz wraca do koncepcji z dzwonkiem. Kiedy zza drzwi dobiega rozespane – Już, już – uśmiecha się do mnie porozumiewawczo. 

Jeszcze dźwięk przekręcanego zamka i drzwi do pokoju stają otworem. A przynajmniej stanęłyby, gdyby nie blokował ich mężczyzna w średnim wieku o posturze niedźwiedzia. Z twarzy przypomina bardziej pluszowego misia, choć też niezbyt urodziwego. Raczej takiego domowej roboty. Jego twarz składa się z masywnych obwisłych elementów przygotowanych przez naturę bez cienia gracji czy polotu. W dodatku nie mam przekonania, co do jego aktualnego stanu. On jeszcze śpi? Jest pijany? A może po prostu tak wygląda? W każdym razie głupio pytać. A jednak ta twarz budzi jakąś niezrozumiałą sympatię.

Stoimy tak i patrzymy się na siebie, w każdym razie ja patrzę, bo co do niedźwiedzia, to jednak nie mam przekonania. Kiedy już jestem pewien, że zwalista postać przede mną usnęła, niespodziewanie wydobywa się z niej głos. – No? – Jak już zauważyłem, nie radzę sobie w rozmowach z ludźmi, więc to niezwykle pojemne pytanie zupełnie zbiło mnie z tropu. Z ratunkiem przychodzi jednak Siódemka. – To jest nowa Piętnastka. Chwila zadumy ze strony naszego rozmówcy, po czym odpowiedź. – A tak, prawda, prawda. Wejdź.

„Wejdź.” Liczba pojedyncza. Tego się nie spodziewałem. Ostatnia godzina ze sporym okładem przyzwyczaiła mnie do towarzystwa tego człowieka, a teraz będę musiał zostać sam na sam z na wpół przytomnym niedźwiedziem. W dodatku nadal nie wiem, o co tutaj chodzi. Wraz z dźwiękiem zamykających się za mną drzwi i odgłosem kroków odchodzącej Siódemki, rośnie we mnie jakiś nieuzasadniony niepokój. Znowu trzeba wziąć się w garść, żeby nie wyjść na idiotę.

– Jestem Jedynka. Usiądź – mówi wskazując mi miejsce po jednej stronie biurka, samemu zajmując miejsce naprzeciw. Niedźwiedziowi wyraźnie nigdzie się nie śpieszy. Z namaszczeniem otwiera drewniane pudełko z cygarami.
– Palisz? – pyta.
– Nie, dziękuję – na razie trzymam się nadspodziewanie dobrze. Można by nawet rzec, że jak na siebie to jestem towarzyski.
– Ale napić to się na pewno napijesz. Na zewnątrz pewnie nieźle przemarzłeś. A jak nie, to i tak przyda ci się coś na rozluźnienie – to mówiąc, sięga do biurka i wyciąga flaszkę whiskey i dwie szklanki.
– Aż tak to widać? – pytam całkiem naturalnie, sam nie mogę wyjść z podziwu, jak dobrze układa się ta rozmowa.
– Och, tylko trochę. Ja miałem na myśli raczej rozluźnienie przed, a nie po. Bo widzisz, moja droga Piętnastko – przerywa, by przyjrzeć się, czy równo rozlał alkohol – jest kilka rzeczy, które muszę ci wyjaśnić. I żadna nie spodoba się ani tobie, ani mnie.
– Rozumiem – to zabrzmiało jak chłodne stwierdzenie z mojej strony, ale po prawdzie znów wkrada się we mnie niepewność.
– To dobrze. Sądzę jednak, że kiedy wyjdziesz z tego pokoju, nie będziesz aż tak spokojny. Ale nie uprzedzajmy faktów. Zdrowie!


Mam nadzieję, że ten tur nie oczekuje, że wypiję to na jeden raz. Nie, na szczęście mój rozmówca nie należy do typów otwierających przełyk. Ma chyba zamiar raczyć się trunkiem. Goła, mocna whiskey, bez wody czy choćby lodu – stanowczo nie moje klimaty. Jest przynajmniej zimna. Jednak przy tym stężeniu alkoholu trudno mówić o bukiecie. Sam zapach mnie lekko skręca, ale Jedynka pije bez mrugnięcia okiem. Widać zahartowany, chociaż nie sprawia wrażenia alkoholika.

– Wracając do rzeczy. Jak zapewne zauważyłeś, kompleks nie współgra wyglądem i funkcjonalnością z przyjętymi procedurami bezpieczeństwa. Chciałbym cię jednak zapewnić, że aktualnie funkcjonujemy pod drugim protokołem. Z tego co rozumiem, wiesz z czym to się wiąże...
– Tak.
– Dobrze. Mam tu zestaw instrukcji dla ciebie, który jestem w obowiązku ci przekazać. Zanim zacznę cokolwiek tłumaczyć, musisz się z nim zapoznać. Zresztą uważam, że tak pójdzie nam sprawniej.

Przede mną ląduje teczka. Rozpieczętowana, w dodatku opatrzona opisem:

Instrukcje numer: 003
Tryb: V

– Ja jestem numer piętnaście – staram się jak najgrzeczniej zwrócić uwagę przełożonemu.
– Wiem – następuje chwila ciszy. – Ach, nie poprawiłem napisu? Przeoczenie.


Sięga po teczkę i długopis. Przekreśla „003” i pisze obok „015”, podobnie traktuje „V” stawiając obok „II”. Teczka wraca do mnie. Zaczynam się denerwować.

– Ale ta teczka jest odpieczętowana! To wbrew protokołowi!
– Jak zauważyłeś, teczka została wydana w innym protokole.
– Komu? Mnie tu nie było!
– Ale był twój poprzednik. Nawet jest nadal, ale nie uprzedzajmy faktów.
– Co znaczy „jest nadal”?! Po co więc mnie sprowadzono? Tu wszystko jest podejrzane!
– Jest. A Trójka, to znaczy Piętnastka, to znaczy była Piętnastka, jest... Niezdolna do kontynuowania pracy, tak to na razie ujmę. A teraz czytaj.

Próbuję, jeszcze coś powiedzieć, ale Jedynka uprzedza mnie zdecydowanym, ale też spokojnym „Czytaj.”

Więc czytam...

sobota, 2 lutego 2013

Reboot [3]

>>CZĘŚĆ I<< >>CZĘŚĆ II<<

Za drzwiami powinna czekać na mnie zautomatyzowana śluza uwierzytelniająca. Jest zaimprowizowane stanowisko z klawiaturą, monitorem i czymś, co wygląda na stary skaner linii papilarnych. – Stuk, stuk, stuk – siódemka wklepuje parametry, skanuje dłoń i po sekundzie dostaje potwierdzenie na monitorze. Jeszcze kilka puknięć w klawisze i wymownym gestem zaprasza mnie do stanowiska. Standardowa procedura, odhaczę się w systemie i po krzyku. Kiedy to myślę, słyszę charakterystyczny metaliczny szczęk i czuję na skroni zimny dotyk końcówki lufy.

– Normalnie miałbyś trzy podejścia przed odrzuceniem. Z uwagi na nietypową sytuację masz pięć. Spokojnie, bez nerwów. Naprawdę nie chcę, żebyś je zmarnował.

Fachowiec. W jego głosie nie zagrał nawet jeden ton ludzkiej życzliwości, była to raczej zimna, beznamiętna kompozycja mechanicznie odtwarzanych dźwięków z całkowitym pominięciem zrozumienia ich znaczenia. Jak robot. Albo nawet gorzej - jak urzędnik. Gdybym spojrzał teraz na Siódemkę, zobaczyłbym pewnie policjanta-służbistę, wyobraźnia domalowałaby nawet mundur. Niestety, nie spojrzę na niego, bo właśnie mierzy w moją czaszkę z pistoletu. Nie to, żebym się go bał. Prawdę powiedziawszy, jego postawa szczerze mnie rozbawiła i nawet uspokoiła. Oczywiście nie do takiego stopnia, by poczuć się komfortowo – wciąż jestem o jedno pociągnięcie za spust od pożegnania się z tym światem i zagadką tego ośrodka. Ale w jakiś sposób oderwał moje myśli od samego procesu uwierzytelniania. Podczas gdy ja prowadzę te wszystkie drobne rozważania, moje palce całkiem bezwiednie zdążyły ukończyć proces weryfikacji, potwierdzając go sakramentalnym enterem. Jeszcze tylko dłoń na skaner i monitor znów wyświetla potwierdzenie zgodności. Czuję, jak zmarznięty kawałek metalu przestaje dotykać mojej skóry. Zanim zdążyłem się odwrócić, w mojej dłoni ląduje jakiś bliżej niezidentyfikowany kawałek aparatury. I jednorazowa igła. Przeznaczenie kompletu wydaje się oczywiste, ale i tak patrzę pytająco na Siódemkę, który zabrał się za montowanie swojego zestawu.

– Nie patrz tak na mnie. Ja jestem z ochrony, nie mam pojęcia, co dokładnie sprawdzają. Każdy, kto wchodzi tutaj z zewnątrz, musi się za każdym razem tym przebadać.
– Broń biologiczna, genetyka? – podwijam rękaw i próbuję zapytać jakby od niechcenia, ale nawet ja słyszę, jak mi się to nie udaje.
– Szczerze? Nie wiem. Co gorsza, mam wrażenie, że twoi koledzy też nie bardzo ogarniają temat. Ale po tym, co spotkało twojego poprzednika, te badania wydają mi się całkiem rozsądnym posunięciem.
Jeżeli próbował uspokoić mnie lekko drwiącym i lekceważącym tonem, to mu się nie udało. Chciałem chyba zadać jakieś pytanie, ale najwyraźniej moja twarz właśnie pyta za mnie.
– Gadam za dużo. Jedynka ci wszystko wyjaśni – Siódemka chyba często przechodzi przez tę procedurę, bo rozmawiając ze mną nawet nie zwraca uwagi na maszynę powoli odciągającą próbkę jego krwi. - Kłuj się. Im szybciej dostaniesz się do Jedynki, tym szybciej dostaniesz odpowiedzi.
– To wszystko jest dziwne, cholernie dziwne – mówię to chyba bardziej do siebie, aby zamaskować przerażenie, kiedy wbijam sobie igłę w żyłę, ale nieoczekiwanie dostaję odpowiedź – Wiem – i jest to jedna z gorszych odpowiedzi, które w życiu słyszałem. – Teraz naciśnij zielony przycisk.

Niby chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej. Ta cała sprawa coraz mniej mi się podoba. Ale to jego proste, twierdzące „wiem” nieco mnie przeraża. Podskórnie czuję, że nadmierna ciekawość nie może tu prowadzić do niczego dobrego. Próbując się czegoś dowiedzieć, zapewne dowiem się o wielu rzeczach, których jednak wolałbym nie wiedzieć. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

Kolejne minuty spędzamy w milczeniu, czekając aż aparatura przetrawi nasze próbki i wypluje wyniki. Siódemka wyciąga paczkę papierosów, częstuje mnie czytelnym gestem. Ja, również bez słowa, odmawiam. Pomieszczenie nie należy do pięknych, przywodzi na myśl kontener. Przywykłem do tego typu miejsc, chociaż liczę, że właściwy kompleks jest nieco bardziej cywilizowany. Nie ma na czym oka zawiesić, jest tylko towarzysz palacz. Taksówkarz. Wojskowy. Policjant. To wojskowy, czy policjant? A może coś pomiędzy? Spec służby? Państwowy ochroniarz? Teraz, w tych znoszonych ciuchach trudno go sobie wyobrazić w tej roli, ale coś w tym jest. Na typowego wojskowego trepa nie wygląda, więc pewnie nieskażony mentalnie koszarami. Niby prawie się nie odzywa, a jednak po blisko godzinie spędzonej sam na sam, nawet to jego milczenie wydaje mi się gadatliwe. Pewnie gdyby siedział tu z kumplami, byłby duszą towarzystwa. To nie pasuje do służb. Na wyższe stopnie wydaje się zbytnio wyluzowany, na mięso armatnie zbytnio ogarnięty. Najemnik? Takich raczej nie przydziela się do wyższych protokołów, ale tu przecież wszystko stoi na głowie.

Chyba za bardzo mu się przyglądam. Uśmiecha się.

– Ochrona osobista, specjalność transport lądowy. Przed Firmą głównie instalacje przemysłowe na Środkowym Wschodzie. Broń palna indywidualna, chociaż w czołgu też mi się ze dwa razy zdarzyło usiąść – dodaje nie bez zadowolenia. – Bo widzisz, czasem bywało tak, że trzeba było ochraniać coś, co jeszcze niekoniecznie było nasze – uzupełnia, choć wcale go nie pytam. – Liczyłem, że w firmie będzie spokojniej... – zamiast skończyć zdanie, znacząco unosi brwi, sugerując, że się jednak przeliczył.

Chyba nie warto teraz pytać o szczegóły. Zresztą wypada w odpowiedzi rzucić ze dwa słowa o sobie... A przy okazji może coś samo wyjdzie z tej rozmowy.

– Inżynieria wsteczna. Bez formalnej specjalności. Przed Firmą... Właściwie w Firmie od zawsze.
Uśmiecha się w odpowiedzi, ale chyba liczy na ciąg dalszy.
– Przeważnie robię jako koordynator, ale skoro dostałem tutaj piętnastkę, to chyba nie tym razem.
Kolejny uśmiech.
– Trochę znam się na starociach, wiesz, stare teksty, alchemia, pseudo-okultyzm i inne cuda. Często grzebię przy „artefaktach”.
Uśmiech nie schodzi z jego twarzy. Raczej nic z niego nie wydobędę, ale próbujmy dalej.
– Nie bardzo rozumiem, co tutaj robię. Ja siedzę bardziej w materiałach, gdzieś tam na pograniczu chemii i fizyki. Te maszynki – podnoszę swoją do góry – te maszynki zapowiadają raczej robotę dla biologów, lekarzy, genetyków, nie dla mnie.
Jego maszynka pika na znak gotowości, po chwili wtóruje jej moja. Taksówkarz spogląda na swoją, gasi papierosa, podchodzi do mnie i rzuca okiem na mój wyświetlacz.
– Wszystko w porządku, możemy iść.

Dopada mnie mieszanka rozczarowania i ekscytacji. Znając moje zdrowie, po cichu liczyłem, że już teraz się z tego wszystkiego wykaraskam, że ta przejażdżka postawiła na baczność mój system immunologiczny i nie wpuszczą mnie do laboratorium. A jednak zżera mnie ciekawość, którą teraz mam nadzieję zaspokoić.