sobota, 2 lutego 2013

Reboot [3]

>>CZĘŚĆ I<< >>CZĘŚĆ II<<

Za drzwiami powinna czekać na mnie zautomatyzowana śluza uwierzytelniająca. Jest zaimprowizowane stanowisko z klawiaturą, monitorem i czymś, co wygląda na stary skaner linii papilarnych. – Stuk, stuk, stuk – siódemka wklepuje parametry, skanuje dłoń i po sekundzie dostaje potwierdzenie na monitorze. Jeszcze kilka puknięć w klawisze i wymownym gestem zaprasza mnie do stanowiska. Standardowa procedura, odhaczę się w systemie i po krzyku. Kiedy to myślę, słyszę charakterystyczny metaliczny szczęk i czuję na skroni zimny dotyk końcówki lufy.

– Normalnie miałbyś trzy podejścia przed odrzuceniem. Z uwagi na nietypową sytuację masz pięć. Spokojnie, bez nerwów. Naprawdę nie chcę, żebyś je zmarnował.

Fachowiec. W jego głosie nie zagrał nawet jeden ton ludzkiej życzliwości, była to raczej zimna, beznamiętna kompozycja mechanicznie odtwarzanych dźwięków z całkowitym pominięciem zrozumienia ich znaczenia. Jak robot. Albo nawet gorzej - jak urzędnik. Gdybym spojrzał teraz na Siódemkę, zobaczyłbym pewnie policjanta-służbistę, wyobraźnia domalowałaby nawet mundur. Niestety, nie spojrzę na niego, bo właśnie mierzy w moją czaszkę z pistoletu. Nie to, żebym się go bał. Prawdę powiedziawszy, jego postawa szczerze mnie rozbawiła i nawet uspokoiła. Oczywiście nie do takiego stopnia, by poczuć się komfortowo – wciąż jestem o jedno pociągnięcie za spust od pożegnania się z tym światem i zagadką tego ośrodka. Ale w jakiś sposób oderwał moje myśli od samego procesu uwierzytelniania. Podczas gdy ja prowadzę te wszystkie drobne rozważania, moje palce całkiem bezwiednie zdążyły ukończyć proces weryfikacji, potwierdzając go sakramentalnym enterem. Jeszcze tylko dłoń na skaner i monitor znów wyświetla potwierdzenie zgodności. Czuję, jak zmarznięty kawałek metalu przestaje dotykać mojej skóry. Zanim zdążyłem się odwrócić, w mojej dłoni ląduje jakiś bliżej niezidentyfikowany kawałek aparatury. I jednorazowa igła. Przeznaczenie kompletu wydaje się oczywiste, ale i tak patrzę pytająco na Siódemkę, który zabrał się za montowanie swojego zestawu.

– Nie patrz tak na mnie. Ja jestem z ochrony, nie mam pojęcia, co dokładnie sprawdzają. Każdy, kto wchodzi tutaj z zewnątrz, musi się za każdym razem tym przebadać.
– Broń biologiczna, genetyka? – podwijam rękaw i próbuję zapytać jakby od niechcenia, ale nawet ja słyszę, jak mi się to nie udaje.
– Szczerze? Nie wiem. Co gorsza, mam wrażenie, że twoi koledzy też nie bardzo ogarniają temat. Ale po tym, co spotkało twojego poprzednika, te badania wydają mi się całkiem rozsądnym posunięciem.
Jeżeli próbował uspokoić mnie lekko drwiącym i lekceważącym tonem, to mu się nie udało. Chciałem chyba zadać jakieś pytanie, ale najwyraźniej moja twarz właśnie pyta za mnie.
– Gadam za dużo. Jedynka ci wszystko wyjaśni – Siódemka chyba często przechodzi przez tę procedurę, bo rozmawiając ze mną nawet nie zwraca uwagi na maszynę powoli odciągającą próbkę jego krwi. - Kłuj się. Im szybciej dostaniesz się do Jedynki, tym szybciej dostaniesz odpowiedzi.
– To wszystko jest dziwne, cholernie dziwne – mówię to chyba bardziej do siebie, aby zamaskować przerażenie, kiedy wbijam sobie igłę w żyłę, ale nieoczekiwanie dostaję odpowiedź – Wiem – i jest to jedna z gorszych odpowiedzi, które w życiu słyszałem. – Teraz naciśnij zielony przycisk.

Niby chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej. Ta cała sprawa coraz mniej mi się podoba. Ale to jego proste, twierdzące „wiem” nieco mnie przeraża. Podskórnie czuję, że nadmierna ciekawość nie może tu prowadzić do niczego dobrego. Próbując się czegoś dowiedzieć, zapewne dowiem się o wielu rzeczach, których jednak wolałbym nie wiedzieć. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

Kolejne minuty spędzamy w milczeniu, czekając aż aparatura przetrawi nasze próbki i wypluje wyniki. Siódemka wyciąga paczkę papierosów, częstuje mnie czytelnym gestem. Ja, również bez słowa, odmawiam. Pomieszczenie nie należy do pięknych, przywodzi na myśl kontener. Przywykłem do tego typu miejsc, chociaż liczę, że właściwy kompleks jest nieco bardziej cywilizowany. Nie ma na czym oka zawiesić, jest tylko towarzysz palacz. Taksówkarz. Wojskowy. Policjant. To wojskowy, czy policjant? A może coś pomiędzy? Spec służby? Państwowy ochroniarz? Teraz, w tych znoszonych ciuchach trudno go sobie wyobrazić w tej roli, ale coś w tym jest. Na typowego wojskowego trepa nie wygląda, więc pewnie nieskażony mentalnie koszarami. Niby prawie się nie odzywa, a jednak po blisko godzinie spędzonej sam na sam, nawet to jego milczenie wydaje mi się gadatliwe. Pewnie gdyby siedział tu z kumplami, byłby duszą towarzystwa. To nie pasuje do służb. Na wyższe stopnie wydaje się zbytnio wyluzowany, na mięso armatnie zbytnio ogarnięty. Najemnik? Takich raczej nie przydziela się do wyższych protokołów, ale tu przecież wszystko stoi na głowie.

Chyba za bardzo mu się przyglądam. Uśmiecha się.

– Ochrona osobista, specjalność transport lądowy. Przed Firmą głównie instalacje przemysłowe na Środkowym Wschodzie. Broń palna indywidualna, chociaż w czołgu też mi się ze dwa razy zdarzyło usiąść – dodaje nie bez zadowolenia. – Bo widzisz, czasem bywało tak, że trzeba było ochraniać coś, co jeszcze niekoniecznie było nasze – uzupełnia, choć wcale go nie pytam. – Liczyłem, że w firmie będzie spokojniej... – zamiast skończyć zdanie, znacząco unosi brwi, sugerując, że się jednak przeliczył.

Chyba nie warto teraz pytać o szczegóły. Zresztą wypada w odpowiedzi rzucić ze dwa słowa o sobie... A przy okazji może coś samo wyjdzie z tej rozmowy.

– Inżynieria wsteczna. Bez formalnej specjalności. Przed Firmą... Właściwie w Firmie od zawsze.
Uśmiecha się w odpowiedzi, ale chyba liczy na ciąg dalszy.
– Przeważnie robię jako koordynator, ale skoro dostałem tutaj piętnastkę, to chyba nie tym razem.
Kolejny uśmiech.
– Trochę znam się na starociach, wiesz, stare teksty, alchemia, pseudo-okultyzm i inne cuda. Często grzebię przy „artefaktach”.
Uśmiech nie schodzi z jego twarzy. Raczej nic z niego nie wydobędę, ale próbujmy dalej.
– Nie bardzo rozumiem, co tutaj robię. Ja siedzę bardziej w materiałach, gdzieś tam na pograniczu chemii i fizyki. Te maszynki – podnoszę swoją do góry – te maszynki zapowiadają raczej robotę dla biologów, lekarzy, genetyków, nie dla mnie.
Jego maszynka pika na znak gotowości, po chwili wtóruje jej moja. Taksówkarz spogląda na swoją, gasi papierosa, podchodzi do mnie i rzuca okiem na mój wyświetlacz.
– Wszystko w porządku, możemy iść.

Dopada mnie mieszanka rozczarowania i ekscytacji. Znając moje zdrowie, po cichu liczyłem, że już teraz się z tego wszystkiego wykaraskam, że ta przejażdżka postawiła na baczność mój system immunologiczny i nie wpuszczą mnie do laboratorium. A jednak zżera mnie ciekawość, którą teraz mam nadzieję zaspokoić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz