Najgorsze w pracy dla
Firmy są krajobrazy. Okazuje się, że nieważne pod jaką
szerokością geograficzną aktualnie rezyduje Firma, zawsze dla
swojej placówki znajdzie miejsce, które będzie wyglądało tak
samo. Kilometry za kilometrami piachu pokrytego skąpą roślinnością,
a wszystko przyczajone w cieniu równie monotonnych i nieatrakcyjnych
gór. Tu? Tu chyba chwilowo jest zima. A może to środek lata?
Dziwny półmrok wskazywałby na względną bliskość któregoś z
biegunów, ale może to po prostu dłużący się świt? Termometr w
aucie pokazuje trochę ponad 4 stopnie. Celsjusza. To jakaś
informacja. Poza deską rozdzielczą, z auta zniknęły wszystkie
inne oznakowania. Zresztą i tak nie znam się na wszelkiej maści
gazikach.
Częścią polityki Firmy
jest poufność wszelkich informacji i nieufność wobec pracowników.
Dopóki nie dotrzesz na miejsce, nie masz pojęcia gdzie, z kim, ani
nad czym będziesz pracował. Oczywiście wymyśla się jakieś
fikcyjne posady, ale zatrudnianie eksperta od wzbogacania uranu jako
nadzorcy budowy kompleksu spichlerzy zbożowych nie brzmi zbyt
wiarygodnie. Naturalnie, nie oznacza to też, że będziesz pracował
przy budowie czegokolwiek. To tak, jak z napisami na koszulkach z
sieciówek, prawdopodobnie wszystko losują małpy, a Góra ma przy
tym ubaw po pachy.
Nie wiem czemu, myśląc
to spojrzałem na kierowcę, jakby w nadziei, że będzie miał na
sobie śmieszny t-shirt, który zdradzi mi cokolwiek na temat
charakteru mojego zatrudnienia. Niestety, po szaro-zielonej koszulce
wnieść można było tylko tyle, że wyprano ją o kilkaset razy
zbyt wiele. Więcej można powiedzieć o kurtce. Znoszona zielona
natówka sprzed kilku dekad. Może pamiątka z poprzedniej pracy?
Chłop ma wygląd wojskowego. Ale równie dobrze mogłem wpaść na
fana "Taksówkarza", szczególnie zważywszy na to, że
gość jest kierowcą. Irokeza nie ma, gadatliwy też nie jest, więc
pewnie potrzyma mnie trochę w niepewności. Właściwie odezwał się
do mnie tylko raz, zaraz po tym, jak zgarnął mnie z "lotniska".
- Uhuh.
- Teraz jesteś Piętnaście. Jedziemy.
Jakby się tak zastanowić,
wcale nie jestem lepszy. Odezwałbym się, ale... Po pierwsze jest
piekielnie zimno. Auto nie ma dachu, my suniemy przez pustkowie,
robiąc dobre 70 kilometrów na godzinę. Termometr mówi swoje, ale
ja czuję jak mój własny oddech zamarza mi na oczach. A Siódemka
bezczelnie siedzi w rozpiętej kurtce i nawet nie drgnie. A po
drugie... Po drugie to co on mi właściwie powie? To Siódemka.
Pracowałem już przy projektach, gdzie Jedynka nie we wszystkim się
orientowała. Wylądowałem na pasie startowym pośrodku ziemi
zapomnianej nie tylko przez człowieka, ale wydaje się, że także
przez bestie. Nawet nie blisko docelowego kompleksu, bo od 30 minut
jedziemy prosto w kierunku masywu górskiego. I jesteśmy może w
połowie drogi. Normalnie, gdyby nie było możliwości lądowania
bliżej, po prostu zrzucono by mnie ze spadochronem, bo nie mam ze
sobą nawet żadnego bagażu. To mi wygląda na trzeci protokół,
może nawet drugi. Moje rozkazy pewnie czekają zapieczętowane w
sejfie i tutaj nikt inny ich nie zna.
Kurwa... A co jeśli to
faktycznie drugi protokół? Oby to nie była dwójka. Eksperymenty
na ludziach. W sumie niespecjalnie mnie to rusza od strony moralnej,
przynajmniej nie bardziej niż trójka. Trójka to bezpośrednie
zastosowania bojowe. Byłbym naiwnym idiotą, gdybym uważał, że to
w jakiś sposób szlachetniejsze, czy mniej gorszące. Może nie ja,
ale ktoś te ustrojstwa na ludziach kiedyś zastosuje. Nie, chodzi o
co innego. Przy trójkach pracują względnie normalni ludzie. Dobrzy
w swoim fachu, czasem nawet genialni. Zawsze świadomi tego, co
robią, nie mający złudzeń co do konsekwencji naszych działań.
Jedni po cichu twierdzą, że w szerszej perspektywie jesteśmy tylko
trybami w maszynie postępu, innym po prostu podobają się wypłaty
albo to, że mogą się realizować. Jest trochę czarnego humoru,
jest trochę luzu, a po zejściu do kantyny, można pogadać o czymś
innym niż praca czy światopoglądy.
Przy dwójce pracowałem
dwa razy. Nigdy nie wytrzymałem do końca. Nie ze względu na ciężar
gatunkowy samych badań. Do dwójek przydzielane są przeważnie
pojeby. Genialni fachowcy, eksperci w swoich dziedzinach, ale pojeby.
Z takimi nie pogadasz o literaturze nie wyciągając z grobów
faszystów. Dyskurs muzyczny natychmiast przeradza się w debatę o
żelaznej kurtynie, czy innym starciu proletariatu z rojalistycznym
establishmentem. Żeby oni jeszcze na te sprawy patrzyli szerzej,
jakoś je analizowali, konfrontowali swoje poglądy, przyjmowali
polemikę. Ale nie, to są pojeby. Każdy ma klapki na oczach i sunie
przed siebie z wozem wypełnionym propagandą, którą go wykarmiono.
Każdy myśli, że sam – osobiście – zbawia świat, nawet kiedy
częstuje kolejnego "ochotnika" wysokim napięciem.
Nigdy nie byłem
najlepszego zdrowia. Kiedy nie mogłem już znieść bełkotu
"kolegów", ich wielkich sporów przypominających kłótnie
w piaskownicy, symulowałem chorobę. Biorąc pod uwagę, że
towarzystwo samozwańczych Prometeuszy faktycznie dawało mi w kość
– psychicznie i fizycznie – wypadałem w tej roli całkiem
wiarygodnie i odsyłano mnie do centrali. Sam nie wiem, jak mam się
czuć, jeżeli to faktycznie znowu jest dwójka. Z jednej strony to
pewna nobilitacja – dowód zaufania tak względem mojej lojalności
wobec Firmy, jak i przede wszystkim moich umiejętności. Z drugiej
strony zamykanie mnie z tymi wszystkimi... Ech, sama myśl, że ktoś
wrzuca mnie z nimi do jednej szuflady, napawa mnie jakimś podskórnym
obrzydzeniem do samego siebie. To jak owacja na stojąco dla mnie
jako naukowca, ale i jak policzek w twarz dla mnie jako człowieka. A
może to próba? Może doszli do tego, że symulowałem, może chcą
sprawdzić, czy zrobię to znowu? Po takim czasie? Ale to wciąż
możliwe. A może to jednak tylko jakaś poważna trójka? Może
wzmogli zabezpieczenia z jakiegoś powodu.
Cholera, ta ciekawość
mnie zeżre... Siódemka na pewno wie. Ale czy mi powie - tutaj, na
środku pustkowia, zanim dotarliśmy do placówki? W sumie, dlaczego
miałby mi tego nie powiedzieć? To tylko protokół, nie pytam o
żadne konkrety. Spytam, najwyżej się nie odezwie.
- Dwójka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz